Jest w dorosłości coś takiego, co poniekąd (i użyję tutaj mocnego słowa) uczy nas cwaniactwa, każe myśleć o swojej wygodzie, o sobie. Na co dzień zderzamy się z tyloma tragediami, chorobami, złem. Zmusza nas to do wyrobienia w sobie pewnego rodzaju znieczulicy. To życie nas tego uczy, chciałoby się rzec. To okrutne życie sprawia, że obrastamy w skorupę, która ma nas chronić przed przykrymi doznaniami, bo inaczej nie moglibyśmy z tym bagażem żyć. Ilość docierających do nas złych wiadomości, o chorych dzieciach, o wypadkach, o tych wszystkich tragediach jest tak ogromna, że odkryte serce mogłoby nie wytrzymać tego ciężaru.

Z drugiej strony również sytuacje z dnia codziennego pokazują jakim należałoby być, jakim ludziom jest łatwiej, to nasze kolejne doświadczenie życiowe. Trzeba być przebiegłym, sprytnym, najlepiej cwanym i wygadanym, bo tacy mają łatwiej?! Trzeba mieć się na baczności, patrzeć ludziom na ręce i koniecznie walczyć o swoje!

Zanim podejmiemy decyzję o pomocy komuś, weryfikujemy jakie ewentualne szkody, ubytki poniesiemy sami. Czy dając komuś palec, nie wyciągnie on od nas całej ręki.

Jestem mało odporną osobą. Często w obliczu różnych wydarzeń, sytuacji z danego dnia zasypiam z bolącym sercem, za wszelką cenę chciałabym naprawiać coś, na co nie mam żadnego wpływu. Serce mi pęka, gdy wiem, że inne dzieci nie mają rodziców, że innym rodzinom czegoś brakuje, gdy ja mam wszystko, że inni rodzice z własnego wyboru z tego rodzicielstwa rezygnują, że sama mogłam postąpić inaczej, a nie mogę tego czasu już cofnąć. Wyliczam w myślach to, co w życiu zrobiłam źle.

Mój tekst jest wielowymiarowy, to męka na wielu płaszczyznach, nieumiejętność chyba poradzenia sobie i pogodzenia się z pewnymi kwestiami, a jednocześnie popełnianie tych samych błędów.

Wiem, czego chcę nauczyć moje dzieci. Chcę, żeby były dobrymi ludźmi, żeby umiały bez wahania pomóc innym, zrezygnować ze swoich wygód dla innych, żeby, zanim podejmą decyzję o pomocy komuś, nie wyliczały tego, ile same mogą na tym stracić, żeby umiały pomagać bezwarunkowo. I najważniejsze, żeby nie żyły w błędnym przekonaniu, że każdy chce ich oszukać, że ludzie są źli, bo w takim świecie bardzo źle się żyje.

Wydaje mi się, że świat malujemy sobie sami. Gdy widzimy tylko zło, to zło zacznie nas otaczać. Gdy zaczniemy dostrzegać dobro, może i to dobro nas spotka.

Jak żyć w tym świecie, żeby zachować umiar, być dobrym człowiekiem? Jak naprawiać popełnione błędy. Czasami to błahostki, czasami rzeczy wielkie.

No więc w związku z powyższym:

Chciałabym powiedzieć Denisie, że ma naprawdę ładne imię na świecie, a tej dziewczynie, która sprawiła jej przykrość, że każde imię można równie okropnie zdeformować i, że bycie szczerym z byciem złośliwym niewiele ma wspólnego.

Tej Pani, która dała nam stówę za rozbite światło oddać tę stówę i dać jeszcze jedną, bo pewnie potrzebowała tych pieniędzy dużo bardziej niż ja.

Chciałabym dać pewnemu chłopcu wszystko, bo wiem, że nie ma tego co mają moje dzieci i nie mogę się z tym w żaden sposób pogodzić.