Było jakiś czas temu o szydełkowaniu, bo wszelkiego rodzaju robótki czy wręcz ciężkie roboty ręczne uwielbiam! Jestem aktualnie w trakcie metamorfozy dwóch szafek z ikei, których podobno nie ma sensu szlifować ani malować. No cóż. Dla chcącego nic trudnego. Gdy ktoś mi mówi, że czegoś nie da się zrobić, z uporem maniaka zabieram się do pracy. Niech ten ktoś tylko ujrzy moje dzieło na własne oczy! Moje szafki zyskały nowe życie i posłużą mi kolejnych parę lat. No więc malowałam już tyle razy, że zwykłe malowanie to dla mnie pestka:) Tym razem poszłam o krok dalej, bo to, co zobaczycie, to już wyższy stopień wtajemniczenia. Pijąc kawę ze znajomymi w pracowniczej kawiarni, podziwiając tamtejszą tapetę, postanowiłam, że paski to jest to. Na swoim koncie mam zatem w moim mniemaniu jeden designerski sukces;)

To ściana w moim salonie. Jestem w niej zakochana, nie będę ukrywać. Podoba mi się ta prostota. Ściana mimo banalnego wzoru, dodaje charakteru. Uwielbiam te pasy. Drobne niedoskonałości, niedociągnięcia, dodają jej szlachetności, dzięki nim ściana tylko zyskuje. Malowanie pasów zajęło mi dwa dni, a czas umilał mi dwumiesięczny bobas:) Potrzebowałam niewielkiej ilości czarnej farby, taśmy, wałka oraz lasera, dzięki któremu wyznaczanie pasów było niezwykle łatwe i przyjemne. Oto zdjęcia:)