Istnieje bardzo ciekawa, całkiem logiczna dla mnie teoria odnosząca się do małych dzieci i do posiadanego przez nie uroku. Co ciekawsze nie dotyczy ona tylko naszych ludzkich dzieci, odnosi się też do zwierząt i do ich młodych. Otóż nie bez celu są one (te dzieci i te małe zwierzątka) takie ładniutkie… Aha! Właśnie! Bo ten ich urok, ta kruchość ma swój niecny cel! Ma to sprawić, że zakochujemy się w nich od pierwszego wejrzenia. Ponoć od pierwszej chwili wzbudza w nas chęć zaopiekowania się tym bezbronnym maleństwem, co tym samym zwiększa jego/ich szansę na przeżycie. Sprytne to posunięcie natury! Popatrzmy choćby na takie koty. Śmiem twierdzić, że nawet wielki przeciwnik kotów nie przejdzie bez wzruszenia obok malutkiego, mięciutkiego, miauczącego kociaka…

No ale wracając do dzieci, węszę tutaj jakąś propagandę, jakiś wielki podstęp. Może nie ewolucyjny, ale napewno bardzo dobrze służący naszej prokreacji! Przecież poruszając się w tematyce rodzicielstwa, dzieci, toniemy w obrazkach pełnych miłości, perfekcji, uśmiechu (mogę się założyć, że mamy tu do czynienia z rodzajem reklam podprogowych. Wiecie co mam na myśli… między klatkami reklam telewizyjnych przekazywana jest wiadomość: „Macierzyństwo jest cudowne, jest Twoim powołaniem, Twoim spełnieniem”. Tutaj i tutaj coś ciekawego na ten temat). Wszędzie pięknie ubrane mamy i ich różowiutkie, zawsze, ale to zawsze roześmiane bobasy. Kodując w podświadomości ten wykreowany, wszechobecny wizerunek cudownego macierzyństwa, już będąc w ciąży wizualizujemy sobie nasze maleńkie roześmiane maleństwo i nasze błogie macierzyństwo. To powoduje okrutne zderzenie z rzeczywistością, a zwykły płacz naszego dziecka wyprowadza nas z równowagi i przyprawia o depresję. Tracimy świadomość tego, że to jego jedyne narzędzie komunikacji z nami. W myślach tkwi jedynie przekaz: „Moje dziecko płacze, nie radzę sobie z nim, jestem złą matką!”

I tak mija czas, a my staramy się dorównać tym perfekcyjnym mamom i za Chiny ludowe nie odpuszczamy myśli, że ten wizerunek to czysta mistyfikacja!

Jak się ma w naszym codziennym życiu ta pięknie ubrana, wypoczęta matka, do mnie, gdy ja po nieprzespanej nocy właśnie przed sąsiadem się ukrywam, bo jeden trzylatek na mnie swój posiłek rozsmarował, a drugie maleństwo ulewa co chwilę (na zielono na przykład 😀 Po brokułach ze szpinakiem)? I nawet choć wszelkich starań dokładam, to i tak do tego ideału mi daleko.

Bo tak trudno być matką! Dlaczego matka matce nie powie jakie to ciężkie. Dlaczego nikt nas w tych spotach, w kolorowej prasie nie uprzedził, że macierzyństwo nie jest usłane różami, że to ciężka harówa i zupełne przeciwieństwo tych sielankowych obrazków. Dlaczego nikt nam jakiegoś kursu przygotowawczego, albo lepiej, obozu przetrwania nie zaserwował. Otaczająca nas obłuda sprawia, że nawet same przed sobą boimy się przyznać, nasze dzieci z całego serca kochając, że to się zdarza, że mamy ich dość.  Możemy tak czuć, mamy do tego pełne prawo. Nie znaczy to, że zawodzimy. Jeśli inni na to nie pozwalają, to choć my matki nie katujmy się wzajemnie. Pozwólmy sobie na te chwile słabości, na tę normalność właśnie i na głęboki oddech od udawanej perfekcji.