img_3602

Jakie to dziwne, jacy ludzie potrafią wbić nam się w pamięć… jakich ludzi możemy wspominać i z jakich życiowych sytuacji wyciągać wnioski!

Pamiętam ją z młodości. Sama znałam ją dość powierzchownie, miałam za to niebywałą okazję by obserwować ją w gronie dzieci. Byłyśmy wtedy w podstawówce. To zdecydowanie stereotypowa rozpieszczona jedynaczka, w każdym calu, w pełnej okazałości. Rzucała słowem jak mięsem. Liczyło się tylko jej zdanie, bez skrupułów wypowiadała słowa, które bolały innych. Raniła, oceniała. Była lepsza, chciała by każdy o tym wiedział. Jest taka tendencja wśród dzieci, że lgną do takich jednostek. I ona więc miała swoją publikę.

Po latach, na licealnych korytarzach, nasze drogi znów się zeszły. I wiecie co? To takie budujące! Coś musiała się w jej życiu wydarzyć. Ktoś musiał ją zaczarować lub w cudowny sposób odmienić. Ludzie, być może inne dzieci… Może z tego wyrosła? Może dostała w kość. Może poczuła na własnej skórze, jak to jest. Została w końcu sama, straciła grono słuchaczy… Tamta dziewczyna z lat podstawówki i ta z liceum, to dwie zupełnie inne osoby. Jakimś nieodgadnionym sposobem zamieniła się w trochę małomówną, przemiłą i uśmiechniętą osobę.

To jedno zakurzone wspomnienie, skłoniło mnie do wielu refleksji na temat wychowania moich dzieci. Chcemy chronić nasze dziecko przed całym światem, bo wiemy, że dzieci wobec dzieci bywają brutalne. Ale co z nami samymi? Można mówić i mówi się często, że słowa nic nie znaczą, wiedząc jednocześnie, jak bardzo nas samych potrafią zranić. W jednej chwili mogą stać się brutalną bronią. Bagatelizujemy, wydaje nam się, że nawet jeśli powiemy dziecku coś przykrego, to ono szybko zapomni, bo jest dzieckiem, że nie dosłyszy, puści mimo uszu lub nie zrozumie. Bo przecież każdy ma prawo się zdenerwować. Oby, oby tak się zdarzyło w chwili, gdy wypowiadamy w jego kierunku coś bardzo przykrego.
W przeciwnym wypadku dziecko dobrze sobie to zapamięta.

Sami spróbujcie. Pamiętam z dzieciństwa wiele pięknych, wartościowych, budujących słów. Pamiętam jak byłam chwalona. Pamiętam drugie tyle, albo i więcej, tych przykrych. Nie zapomniałam, a wryły się gdzieś głęboko i każde z nich miało być może szczątkowy, ale jednak jakiś wpływ na moją osobowość. Dzieci, ludzie obcy… i my rodzice. Sami mamy tę moc… a świat poza tym, że jest piękny, bywa też okrutny. Czy jeśli będziemy nad sobą pracować, by stać się lepszym rodzicem, by oszczędzić dziecku przykrości, dać mu w zamian miłość i akceptację, radosny dom i słowa budujące, łatwiej będzie mu się zmierzyć z tym, co czeka na zewnątrz?

Na wiele z tych sytuacji lekiem wydaje się być spokój, rozmowa, miłość i praca nad sobą. Wtedy jest szansa, że nam się uda, że odpowiedź będzie brzmiała: Tak.

(P.s. Przeraża mnie jednak to, że sami nieopatrznie możemy wychować aroganckiego, pozbawionego empatii człowieka!!)

Podejmij ze mną dyskusję. Bycie rodzicem to nie bułka z masłem. Razem możemy uczyć się od siebie nawzajem, wspierać się i szukać nowych pomysłów na bycie lepszym rodzicem. Zostaw komentarz, bo czekam na Twoją opinię, Twoje wsparcie:)