Wbrew wielu niepochlebnym opiniom o żłobkach, zwłaszcza osób, które z nich korzystać nigdy nie musiały, ja jestem wielkim ich zwolennikiem. U mnie żłobek sprawdził się w stu procentach.

Jakimś nieodgadnionym sposobem moja mała będąc 200 na liście dostała się do państwowego żłobka mając pół roku. Oczywiście, że się wahaliśmy. Mając się od razu za złych rodziców i będąc pod presją innych, ale ostatecznie mała mając 7 miesięcy rozpoczęła swoją przygodę ze żłobkiem. Jakie były początki? Do końca urlopu macierzyńskiego miałam jeszcze trochę czasu, więc przez kilka pierwszych miesięcy spędzała tam 3 godzinny dziennie. Miedzy jednym, a drugim karmieniem. Obyło się bez płaczu, stresu, moja córeczka była wręcz szczęśliwa, że może tam chodzić, bo takie przebywanie z innymi dziećmi, to dla dziecka rozrywka. Najważniejsze jest jednak to, że nauczyła się tam wielu rzeczy, rozśpiewała, rozruszała, nabrała pewności siebie i nauczyła się walczyć o swoje (zabawki). W ciagu dwóch lat zdarzył mi się może jeden dzień, może dwa, gdy płakała i nie chciała iść. Mała obyła się w kontaktach z ludźmi, bardzo chętnie zostaje z innymi, może nawet czasami zbyt chętnie. Zrobiła niezliczoną ilość prac plastycznych, nauczyła się korzystać z nocnika, nauczyła się wykonywać polecenia i wiele, wiele innych rzeczy. Ja, choć bardzo się staram, nie robię z nią w domu pewnie nawet jednej dziesiątej z tych rzeczy.

Według mnie sprawdzony żłobek ma wiele plusów. I nie prawda, że takie małe dziecko nie jest w stanie pokazać, że jest mu źle. Wprawne oko rodzica od razu to zauważy. Zdarzył się jeden dzień, w którym w naszym żłobku pojawiły się dzieci z innych żłobków, był hałas, dużo płaczu. Po powrocie do domu, widziałam, że moja mała jest zestresowana, na drugi dzień cała sytuacja się wyjaśniła. Panie opowiedziały co się wydarzyło.

Dość przykre jest dla mnie zjawisko zbyt pochopnego oceniania żłobków, a zwłaszcza rodziców, którzy na żłobek się decydują. Nie raz i nie dwa słyszałam, jak inni żałują mojego dziecka, a mi samej (w niektórych kwestiach niestety bardzo szybko ulegam presji otoczenia) wydawało się, że jestem nie matką, lecz jakimś potworem. W końcu skoro rodzice oddają to maleństwo do żłobka, coś nimi kieruje, coś tę decyzję wymusza. Zazwyczaj nie ma obok babci, która mogłaby się zająć wnukami, kobieta nie może lub nie chce pozwolić sobie na rezygnację z pracy. W moim przypadku do decyzji przyczyniły się właściwie dokładnie wszystkie te kwestie. Byliśmy tego świadomi, że moja rezygnacja z pracy mocno odbiłaby się na naszym domowym budżecie, a ja po 13 miesiącach spędzonych w czterech ścianach marzyłam o tym, żeby wrócić do ludzi. Dodatkowo babci na emeryturze brak.

Podkreślam jeszcze raz, że zdaję sobie sprawę z tego, że dzieci żłobkowe, to malutkie dzieci, ale czemu tak bagatelizujemy dziecięcą potrzebę urozmaicenia, kontaktu z innymi dziećmi. Nie da się zaprzeczyć też temu, że i rodzic trochę wytchnienia potrzebuje. Rozumiem chęć spędzania czasu z dzieckiem, nie rozumiem jednak zjawiska poświęcania się dziecku. Poświęcenie kojarzy mi się w dużej mierze z rezygnacji z własnego życia, a ta rzadko kiedy przynosi coś dobrego. Już prędzej pociąga za sobą wypalenie, znudzenie, niechęć. Stęskniony rodzic jednak z większym zaangażowaniem oddaje się zabawom z dzieckiem, bardziej docenia spędzany z nim czas.